Przewiń do treści
Twitter Facebook Instagram Wstecz Szukaj
Przewiń do treści

LPC #2 – Jacek Materski i Darek Doroszkiewicz – Browar Artezan

LPC #2 – Jacek Materski i Darek Doroszkiewicz – Browar Artezan
LPC #2 – Jacek Materski i Darek Doroszkiewicz – Browar Artezan
Tagi: 

Rozmowa z Jackiem Materskim i Darkiem Doroszkiewiczem – współzałożycielami Browaru Artezan.

Krótko – od czego się to wszystko zaczęło?

JM: Od piwa.

DD: Konkretnie od piwowarstwa domowego. Każdy z nas, a jest nas trzech (nie ma tu z nami Piotra Wypycha), warzył piwo na różnym poziomie…

JM: … niemniej jednak na zawsze wysokim :)

DD: Tak, dokładnie :) I każdy z nas wewnętrznie postanowił, że chciałby dalej coś robić w tym kierunku, a nie tylko warzyć piwo w domu, wysyłać je na konkursy i klepać się wzajemnie po pleckach. A ponieważ mieszkamy niedaleko siebie, spotykaliśmy się na różnych panelach degustacyjnach i „w Internetach”, pewnego razu postanowiliśmy – ok, robimy coś razem. Każdy z nas wyłożył swoje oszczędności – tyle ile miał, założyliśmy spółkę i zaczęliśmy.

Skąd pomysł na nazwę?

JM: Nazwa jest wolnym tłumaczeniem z łacińskiego, znaczy „rzemieślnik”, tyle że jest pisane po polsku. Od razu założyliśmy, że będziemy robić rzemiosło.

Skąd w takim razie wziął się w logo jeż?

JM: Początkowo miał być kotek. Darek ma kota, ja też mam kota. Kot jest związany z piwowarstwem odwiecznie – w średniowieczu wpuszczano koty na fermentownie, żeby się piwo nie psuło (wierzono, że miauczenie kota poprawiało piwo) i jak zamawialiśmy logo, to powiedzieliśmy, że chcemy, żeby to był kot. A potem Piotr Wypych powiedział – „A dlaczego kotek? Ja mam jeża!” – i postanowiliśmy na doczepkę zrobić też jeża. Później jednak ludzie, którzy rysowali te kotki i jeże uznali, że jeż wyszedł najbardziej wesoły i sympatyczny – piwny po prostu :) Wpadł nam w oko, uznaliśmy, że to jest to. I tak już został.

Zaczęło się od piwowarstwa domowego. A jak zaczęła się wasza przygoda z warzeniem piwa w domu? Czy to jakaś rodzinna tradycja?

DD: Ja dostałem od kolegi na przechowanie ponad 10 lat temu puszkę ekstraktu słodowego i torebkę z chmielem. A ponieważ wcześniej interesowałem się ciekawym piwem i kupowałem w sklepach zagranicznych różne takie wynalazki, to zacząłem szukać w internecie co to jest, co się z tego robi i tak dalej. Dokupiłem do tego suche drożdże i zamiast przechowywać, zrobiłem pierwszą warkę. Uznałem, że to tak dobra zabawa, że od razu potem kupiłem sobie własny zestaw do warzenia ze słodu i dalej jakoś poszło.

JM: Ja od razu zacząłem warzyć ze słodów. Zawsze mnie to interesowało, ale prawdę mówiąc początkowo myślałem, że będę robić wino. Długo się do tego przymierzałem. Potem myślałem, że będę robił miód pitny, natomiast później stwierdziłem, że to przy robieniu piwa proces jest najciekawszy. Początkowo trochę się tego bałem, ale dużo czytałem na ten temat i od razu wystartowałem ze słodów i z zacierania. Fart był, że to pierwsze piwo wyszło mi bardzo dobre – zadziałało, zachwyciło i potem od razu robiłem kolejne warki. Tak się zaczęła wielka przygoda.

Pamiętacie swoje pierwsze piwo w życiu?

JM: Pierwsze piwo w życiu? U wujka w szczecinie – Bałtyckie. Miało na kapselku żaglowiec. Z browaru w Szczecinie, teraz się Bosman nazywa, ale nie pamiętam jak nazywał się wtedy. Oni robili wtedy piwo Bałtyckie w bączkach. Ja nie chodziłem wtedy nawet do szkoły podstawowej, wujek sadzał mnie na kolanach i dawał spijać piankę. Pamiętam, że było fajnie gorzkie :)

DD: Moje pierwsze piwo to był Żubr, ale nie ten z Kompanii Piwowarskiej, tylko z niezależnego browaru w Białymstoku. To było piwo z puszki i też było dla mnie bardzo gorzkie.

A pierwsze piwo kraftowe, które zachęciło Was do szukania czegoś więcej?

JM: Wstyd się przyznać. Leffe Blonde. Byłem zaskoczony, że piwo może tak w ogóle smakować. Rozwaliło system. Byłem w Berlinie na targach, z racji mojego wcześniej wykonywanego zawodu – handlarza owoców i warzyw. Byłem na takiej dużej wystawie i poszedłem na stoisko Belgów. I Belgowie, jak to Belgowie, mieli w kegu z kranu lejące się belgijskie piwo. Dostałem kieliszeczek i – „WOOOOW! Co to kurde jest!? Pszeniczne?” – „Nie, to normalne piwo, u nas takie są!”. Wiadomo, że spośród belgijskich piw to jest jedno ze słabszych, ale i tak rozwaliło mi system :)

DD: Ja pamiętam, że pierwsze takie naprawdę wyjątkowe to było Christmas Ale z browaru Shepherd Neame. To był chyba 2002 rok i kupiłem je zapakowane w kartonik w Auchan.

Do teraz zdarza się, że coś was piwnie zaskoczy?

JM: Oczywiście, jest cała masa takich rzeczy! Non stop nas zaskakują. Teraz jest taka różnorodność i taki dostęp do piw… Piwo jest jak komponowanie muzyki – to jest niewyczerpalne. W gamie jest niby osiem nut, ale z nich można stworzyć nieskończoną ilość rzeczy. Liczy się kompozycja, technologia, wszystko.

Jak ruszaliście, to były już browary kontraktowe – Pinta i AleBrowar. Skąd pomysł, żeby otworzyć browar rzemieślniczy?

JM:My o AleBrowarze dużo nie wiedzieliśmy, bo on się otworzył miesiąc przed nami. My myśleliśmy, że będziemy drudzy po Pincie. Oprócz tego była pustynia. Jak się poznaliśmy to Pinta jeszcze nie produkowała. Ziemek przywiózł do Żywca prototyp swojego domowego Ataku Chmielu. Pinta wypuściła swoje piwa rok przed nami, ale my już w tym czasie budowaliśmy browar. Wiadomo – założenie browaru trwa trochę dłużej. Samo szukanie miejsca zajęło nam chyba z pół roku.

Jak już mieliście miejsce to przełożyliście doświadczenie domowe na większy sprzęt?

DD: Ja miałem doświadczenie z browaru restauracyjnego. Wiedziałem mniej więcej jak to działa, a reszta to są rzeczy podpatrzone, głównie w internecie.

JM: Ale podpatrzeć w internecie to jedno, ale trzeba było zastosować to do tego, co się udało kupić. A kupowaliśmy to, co udało się znaleźć na pobliskim złomie – kocioł warzelny kupiony w Łowiczu, był jaki był, ale zaczęliśmy doszukiwać do niego kolejne części, dobudowywać i przerabiać. Zbiorniki fermentacyjne były byłymi zbiornikami transportowymi na pulpę owocową. Takie historie – coś z czegoś.

DD: Zrobiliśmy sporo kilometrów, żeby znaleźć wszystko co potrzebne.

JM: Darek mówi o tych tysiącach kilometrów, bo popierdzielił w GPS-ie :) Jak jechaliśmy po schładzalnik to zamiast pojechać na zachód, pojechaliśmy na wschód.

DD: Oj tam… 2-0 godziny w plecy tylko ;)

A po przenosinach na taki browar profesjonalny, jest lepiej?

JM: Fajnie jest. Oj jest fajnie.

DD: Ilość pracy fizycznej zmalała, a ilość piwa wzrosła.

JM: No ale ten komfort! Może to nie jest jeszcze jak w tych browarach regionalnych, bo na dzień dzisiejszy zatrudniamy tylko jednego pracownika, ale jest fajnie – jest czysto, ładnie, jest dopieszczone, sprzęt hula, nie trzeba się przy nim męczyć. W poprzednim browarze była praca czysto fizyczna. Trzeba było robić dużo rzeczy ręcznie. Tutaj też, w dalszym ciągu sporo robimy ręcznie, ale jednak to już jest inny poziom.

Nie brakuje Wam powrotu do pracy ręcznej?

JM: Na pewno nie. Teraz można skupić się na innych rzeczach, mądrzejszych, lepszych.

Jakie są wasze plany na rozwój?

JM: Każdy z nas ma swoje inne marzenia. To co teraz mamy już jest ok. Ale trzeba wstawić więcej zbiorników, żeby robić więcej różnorodnych piw, bo pomysłów jest cała masa. Natomiast warzelnia to już jest 30 hektolitrów, więc to już daje duże pole do popisu. Na tym będzie można bazować jeszcze przez szereg długich lat. Ale wiadomo, to jest warzelnia, można ją rozbudować. Wszystko zależy od tego, jak będzie się rozwijał craft w Polsce. Póki co rozwija się bardzo dobrze. Jesteśmy na bardzo wysokim poziomie, porównując nawet z Europą zachodnią. Tylko żeby nie zabrakło nam konsumentów. Żeby konsumenci się nie odwrócili, żeby przychodziło ich coraz więcej, na tak zwaną „jasną stronę”.

A co sądzicie o rozwoju piwnej rewolucji w Polsce?

JM: Uważam, że jest zajebiście. Że my, Polacy, mamy farta. W Polsce była tradycja piwna, ale ona nie była specjalnie silna. Potem przyszedł wolny rynek, robili te eurolagery i ludzie się bardzo szybko zorientowali, że to jest lipa. Ludzie są bardzo kumaci – oni mogą nie wiedzieć dlaczego, ale czują, że ich mykają, a Polacy oczekują produktu dobrej jakości. Craft w Polsce tak się rozwija, że będzie proponował coraz lepszej jakości piwa. Browary kontraktowe, które się pozakładały, chcą być na topie. A żeby być na topie trzeba robić bardzo dobrej jakości piwa. I to idzie w dobrym kierunku.

DD: My mamy coś, czego nie mają Niemcy czy Belgowie – luz w majtkach. My możemy cały czas robić coś nowego. Coś się uda, coś się nie uda, coś poprawiamy, czasem coś wyjdzie gorzej, ale ciągle coś się dzieje.

Dogadujecie się bez problemowo czy zdarza się, że macie odmienną wizję na biznes?

JM: Nieustannie się kłócimy. Każdy jest indywidualistą, każdy ma swoje pomysły, ale wizja efektu i dobro produktu powoduje to, że się dobrze dogadujemy.

A Wasze gusta smakowe też się mocno różnią?

JM: Darek i tak nic nie czuje, ma drewniane podniebienie :)

DD: Nieprawda, po prostu nie czuję diacetylu! Ale tak, gusta się różnią. My robimy już piwo w takiej ilości i na takim poziomie, że nasze gusta niespecjalnie mają tutaj jakiekolwiek znaczenie.

JM: Ja myślę, że to jest tak, że jeżeli się robi dobre piwo, to nieważne w jakim stylu – ono i tak będzie dobrze smakowało. I bez względu na gust, każdy z nas na piwie się zna i potrafi dobre piwo docenić lub stwierdzić czy jest tu coś jeszcze do poprawy. Każdy wnosi swoje uwagi i w ten sposób budujemy ostateczny produkt.

Tak na zakończenie – ostatnia złota, mentorska myśl, jaką chcielibyście przekazać?

JM: Pijcie dobre piwo :)

                          Marysia Banach
Autorem tego wpisu jest: Marysia Banach
Od kilku lat związana jestem z organizacją Poznańskich Targów Piwnych i gdybym miała odpowiedzieć na pytanie czym się tu zajmuję, musiałabym chyba powiedzieć, że wszystkim po trochu. Trochę ze mnie taki człowiek-orkiestra. W wolnych chwilach gotuję, wydaję kulinarne książki i przepisami dzielę się na łamach bloga PTP. Świat kraftowego piwa dopiero poznaję, ale degustacja jest zdecydowanie moją ulubioną częścią tej podróży.

Komentarze