Przewiń do treści
Twitter Facebook Instagram Wstecz Szukaj
Przewiń do treści

LPC #1- Bartosz Berthold i Krzysztof Gościański – Ministerstwo Browaru

LPC #1- Bartosz Berthold i Krzysztof Gościański – Ministerstwo Browaru
LPC #1- Bartosz Berthold i Krzysztof Gościański – Ministerstwo Browaru

Rozmowa z Bartoszem Bertholdem i Krzysztofem Gościańskim – założycielami Ministerstwa Browaru oraz Minister Cafe.

Najpierw był sklep, potem pub, teraz także kawiarnia. Od czego to wszystko się zaczęło i dlaczego?

BB: Zaczęło się bardzo fajnie – mieszkaliśmy razem, oglądaliśmy mecz przy piwku, Krzysztof przyniósł dwa Ciechany Wyborne. Krzysiek akurat wrócił z Anglii, ja ze Stanów i oboje szukaliśmy pomysłu na biznes, bo nie chcieliśmy pracować dla nikogo. Tak sobie piliśmy to piwko i to było nasze pierwsze odkrycie, że jest coś poza piwami koncernowymi i, jak na tamte czasy, Ciechan Wyborny to był szał. Było to dobre 6 lat temu (2009 rok). Wznieśliśmy toast, tryknęliśmy się butelkami i któryś z nas wpadł na pomysł: czemu by nie sprzedawać piwka? Otworzyliśmy komputer, zaczęliśmy szukać nazwy. Najpierw miało być Ministerstwo Piwa, poprawiliśmy się na Ministerstwo Browaru. Domenę kupiliśmy za dokładnie 5,25 zł i złożyliśmy się na nią po połowie wykładając kasę z kieszeni na stół. W pokoju stała wielka szafa, mieliśmy samoprzylepne karteczki i tak wypełnialiśmy ją naszymi głupimi pomysłami. Na koniec zostawiliśmy te, które były fajne i tak właśnie się zaczęło. Potem szukaliśmy lokalu zjeżdżając całe miasto rowerami. Znaleźliśmy lokal na Ratajczaka, gdzie praktycznie wszystko poza elektryką zrobiliśmy sami, łącznie z zaprojektowaniem mebli. Mieliśmy sklep, coraz więcej ludzi zaczęło się interesować piwami, wykupiliśmy koncesję hurtową, otworzyliśmy pub, potem powstał pomysł na kawiarnię dla wszystkich którzy lubią piwo: na piwie się skupiamy, kawa jest tu na drugim miejscu.

Czemu nie ma już sklepu?

KG: Stwierdziliśmy, że albo robimy coś porządnie, albo wcale. Mieliśmy 33 m2 czyli za mało. Pojawił się wysyp browarów i nie daliśmy rady pomieścić wszystkiego na półkach. Druga sprawa była czysto ekonomiczna. Sklep opierał się na ludziach, którzy przyjeżdżali np. raz w tygodniu po skrzyneczkę piw „sesyjnych”, „budżetowych”, a gdy piwa te pojawiły się w marketach, to ludzie zaczęli kupować je tam, a do nas wpadali klienci kupując po 2-3 butelki. Stwierdziliśmy, że widać tendencję spadkową i to idealny moment na wycofanie pieniędzy z inwestycji i rozpoczęcie czegoś nowego. Padło na kawiarnię.

Jakie są Wasze dalsze plany na rozwój?

KG: Ciąg dalszy nastąpi, nie powiedzieliśmy ostatniego słowa :) Ale nie chcemy na razie wszystkiego zdradzać.

Macie swoją świetną markę – Minister, czy chcecie przekuć to w browar?

BB: Plany są, niebawem może zdradzimy coś więcej. Na razie możemy powiedzieć, że mamy nieruchomość idealnie do tego stworzoną, ale nie czujemy się na siłach by zrobić to samemu i szukamy wciąż kogoś, kto zapalił by się do pomysłu by zrobić to z nami. Kto wie, być może po przeczytaniu tego artykułu ktoś taki się znajdzie?

A tak ideologicznie – czym jest dla Was piwo?

KG: Piwo to wielka sprawa. Piwko to główny nurt w którym idziemy, a plany idą szeroko.

BB: Nie jesteśmy jednak ortodoksami piwnymi, potrafimy porozmawiać także na inne tematy. Fajne jest to, że przy piwie po prostu spotykają się bardzo różni ludzie, którzy coś wnoszą do naszego życia. Niepojęte jest to, jak zmieniliśmy się odkąd rozpoczęliśmy ten piwny biznes i poznaliśmy masę ludzi, stałych klientów i przyjaźni. Piwo piwem, ale od piwa ważniejsi są ludzie.

Macie jakieś piwne autorytety?

BB: Ja w życiu mam tak, że nie szukam sobie guru i idoli, ale od każdego staram się coś wartościowego uszczknąć.

Zdarza się Wam samemu coś uwarzyć?

BB: Ja kupiłem sprzęt, zrobiłem dwie warki. Jedna nieudana, totalny kwas, który wylałem. Druga jest lekko kwaskowa i piję ją sam, w zaciszu domu i boję się ją podać komuś innemu :) Póki co brakuje mi jednak warunków i czasu.

Pamiętacie swoje pierwsze wypite piwo?

KG: Na pewno było to piwo koncernowe. Pamiętam że lubiłem EB, gdzieś tam przewijało się Dziesięć i Pół. Ale nie ma co za dużo opowiadać o tych piwach, one były bardzo do siebie podobne. Chociaż mam wrażenie, że jak byłem młodszy to one się bardziej od siebie różniły. Hitem był chyba wtedy Żywiec, który wchodził wtedy na półkę premium.

BB: Ja pamiętam, jak miałem komunię, to jeden z kolegów dostał wtedy rower Dziesięć i Pół i wszyscy się tym wtedy podniecali. A mój tata za to miał skrzyneczkę Dziesięć i Pół i podebrałem mu jedno piwo, które wtedy z kolegami wypiliśmy.

A pierwsze piwo, które otworzyło Wam oczy na świat piwny?

KG: U mnie to były piwa z Anglii, te pompowane na kijach. To była taka majestatyczna rzecz – barman ubrany w koszulę i muszkę podawał ci piwo, najczęściej Ale albo cydry, a to była taka rzecz, której wówczas jeszcze nie piłem. Na tamte czasu o połowie z tych rzeczy mówiłem, że tego się nie da wypić. Kolega (Słowak) zaproponował mi piwo w Belgii i to było Leffe Blonde – otworzyłem to piwo i stwierdziłem, że wykręca mi gębę i mi nie smakuje. Zaprowadziłem go do makretu, kupiliśmy Tyskie i pokazałem mu – tak smakuje polskie piwo ;)

BB: W 2008 roku byłem w Stanach i zrobiłem sobie takie wakacje – 2 tygodnie w Miami. Znalazłem pub w którym było chyba ze 100 piw z całego świata. Wchodzę podjarany i mówię – „Tyskie”, a barman pyta – „Skąd jesteś?”. Mówię, że z Polski a on mi na to „To jesteś idiotą jak jesteś z Polski i bierzesz polskie piwo. My tu mamy rewolucję piwną i mamy wiele fajnych piw.”. Pierwsze piwo, które mi podał to był Moris i to było dla mnie wtedy nie do przyjęcia. Potem zacząłem pić jakieś APY i właściwie spędziłem w tym pubie całe wakacje. Potem o tym trochę zapomniałem i dopiero gdy z Krzysiem piliśmy tego wspomnianego Ciechana Wybornego to jakoś to do mnie wróciło.

Czy poza piwem łączy Was coś jeszcze?

KG: Mamy dużo wspólnych tematów, np. motoryzacja, motocykle, rowery. Kupiliśmy sobie firmowego Golfa 1 Cabrio którego zamierzamy odpicować jak znajdzie się na niego budżet. Póki co jednak są inne priorytety.

A gdyby nie piwem, to czym byście się zajmowali?

KG: Chyba zajmowalibyśmy się piwem :) Nie wyobrażamy sobie dzisiaj czegoś innego. Oddalibyśmy za ten biznes wszystko, to jest nasze życie. To nie jest tak, że robimy to dla hajsu, to głównie jest nasza pasja.

BB: Tu jest tyle pracy – wieczorami i w weekendy – tyle wyrzeczeń i rozmów z żonami, że gdyby to był tylko hajs, to już dawno rzucilibyśmy to w cholerę.

KG: A dziewczyny już na szczęście przywykły i jak chcą nas odwiedzić to przychodzą tu, do kawiarni albo do pubu :) Tu można spotkać nas najczęściej.

Jakie jest największe marzenie, które chcielibyście wspólnie zrealizować?

KG: Wspólny browar. To pierwsze takie marzenie, które gdzieś tam nam zaświtało i powoli, małymi kroczkami dążymy do tego, żeby je zrealizować.

BB: Chłopaki z Artezana udowodnili nam, że chcieć to móc. Pokonali niemożliwe przeszkody urzędnicze i różne inne…

KG: Wszystko się da, tylko trzeba chcieć. Liczy się pasja i ludzie jakich się spotyka na swojej drodze. Nawet te urzędnicze rzeczy da się pokonać. Wszystko można nadrobić pasją. Wszystko w swoim czasie, powoli do celu.

Jaka była najbardziej szalona rzecz jaką zrobiliście w życiu?

KG: To był ten pub, który był kompletną ruiną na początku. Mamy całą masę zdjęć z tego jak to wyglądało na początku. Mieliśmy całą masę pracy i kompletnie nie mieliśmy na nią kasy. Przeżegnaliśmy się dwa razy i powiedzieliśmy: Damy radę! Tu znajomy hydraulik, tu elektryk… Daliśmy radę? Daliśmy. Zajęło to co prawda pół roku, ale się udało.

BB: Nie mieliśmy kasy, żeby zatrudnić ekipę, więc robiliśmy całość 2-3 miesiące dłużej, ale zrobiliśmy to sami. Mieliśmy zero pojęcia o gipsowaniu, murowaniu. Pierwszy raz jak kładliśmy beton to nawet kielni nie mieliśmy.

KG: Dokładnie tak! Ręką zacieraliśmy i rzucaliśmy na ścianę beton szpachelką.

BB: Nie mieliśmy wtedy też żadnego pracownika w sklepie, więc działaliśmy na zmianę: raz ja byłem w sklepie, a Krzysiu na miejscu, a następnego dnia odwrotnie – żeby nie było monotonnie. Wyglądaliśmy jak zombie, ale nawet przez chwilę się nie wahaliśmy. Wiedzieliśmy: „jak nie dzisiaj, to kiedy?”.

KG: I tak będzie pewnie do końca – ciągle mamy deficyt kasy i czasu.

BB: Ale w tym czasie nawiązaliśmy bardzo dużo fajnych znajomości. Gdy otwieraliśmy ten pub, wyszedłem o 20:00 na zewnątrz i zobaczyłem te kolejki ludzi zawijające się za sklep na Ratajczaka – to była moc!

KG: To było zajebiste. To jest coś nie do opowiedzenia! To jest coś, czego nie można kupić!

BB: Nikt nie miał doświadczenia za barem, a doskonale wiecie jak potrafią się sprawy piętrzyć, jak się nie potrafi tego wszystkiego ogarnąć. Była nas piątka, a kolejki nie mogliśmy rozładować. Nie mieliśmy wentylacji, w środku było chyba z 60 stopni, ale nikt się nie zrażał, każdy z klientów pił sobie spokojnie piwko i mówił że czuje się zajebiście.

KG: Niezły numer był z pompami. Nie mieliśmy wtedy jeszcze takiej wiedzy jak dziś, myśleliśmy, że każde piwo da się pompować pompą prosto z beczki, no i mały fakap – jakieś 6 godzin przed otwarciem zaczęliśmy podłączać wszystkie beczki, każda beczka zaczęła się pienić i okazało się, że żadnego z tych piw nie da się wylać przez pompę. I panika – wieczorem otwarcie, wszystko już ogłoszone, rozreklamowane, a my nie mamy jak lać piwa. Pomoc nadeszła z Browaru Fortuna – Krzysztof Panek zorganizował nam nieodpłatnie kobry, na które szybko nawierciliśmy dziury w barze i dzięki niemu przygotowaliśmy wszystko na otwarcie. Za to wielkie dzięki, bo bez niego byśmy nie wystartowali!

BB: Ja dlatego zawsze cenię motto Setki: „Brak profesjonalizmu nadrabiamy pasją”. Dokładnie tak wtedy było. Jak jest pasja to się wszystko uda.

KG: Trzeba mieć po prostu fajnych ludzi dookoła.

Czyli ten biznes to przede wszystkim…

KG: … ludzie. Bez ludzi nic się nie może udać.

BB: Ktoś się pyta co trzeba zrobić, żeby osiągnąć sukces w biznesie. Można mieć hajs i kompetencje, ale jest jeden taki niepoliczalny czynnik – szczęście. Ale nie szczęście w sensie „o, jak dużo dzisiaj zarobiłem”, ale szczęście do ludzi – do tego jakich ludzi napotkasz na swojej drodze, jacy ci pomogą, jacy cię docenią. Gdy otaczamy się ludźmi zawsze kierujemy się taką zasadą – jeśli mamy ochotę iść z nimi na piwo to to robimy. Jeśli takiej ochoty nie ma to znaczy, że nie mamy o czym gadać. Wiele razy się myliliśmy, ale dzięki tej metodzie udało nam się zebrać mega mocną ekipę. Fajne jest też to, że w tym świecie my z konkurencją przybijamy sobie piony i się bardzo lubimy.

Najpiękniejsza znajomość z okresu działania firmy?

BB: Poznałem tam swoją żonę :) Przychodziła do sklepu. Wtedy to było tak, że Krzysiu to był ten „Pan Zabawny”, a ja byłem ten „Pan Smutny”. Od tamtego czasu bardzo się zmieniłem, ale tak wtedy było – byłem zamknięty w sobie i małomówny. Marta miała przestój w pracy, a my opowiadaliśmy o tym, że potrzebujemy pomocy, bo otwieramy pub. I ona powiedziała, że nam bardzo chętnie pomoże. Potem przestała dla nas pracować, a po jakimś czasie spotkaliśmy się znowu przy piwku…

KG: Wszystko się kręci wokół piwa :)

BB: …i parę dni temu zostaliśmy mężem i żoną.

KG: Dla mnie najlepszą znajomością jaka mogła mi się przytrafić przy piwie to jest Bartosz :) Bartosz i firma. Jak wróciłem z Anglii po czterech latach i nie wiedziałem co będę robił to też spotkaliśmy się przy piwku.

Najpiękniejszy „slajd”, taki moment z tego wszystkiego – co to było?

KG: To chyba było otwarcie sklepiku. Spełniło się nasze małe marzenie – marzenie dwóch gości, którzy nie wiedzieli co robić, mieli jakieś małe oszczędności przywiezione zza granicy i pojawiło się u nich pytanie – co robić? Co robić, skoro wszystko już właściwie jest? A tu nagle pijemy sobie Ciechana i bach! – tysiące żółtych karteczek na ścianie i lecimy z tematem! To jest taki moment, który się pamięta. Nic lepszego jak firma, która dobrze prosperuje, dobrze sobie radzi.

BB: Ja pamiętam ten moment gdy stawialiśmy piwko na półkach. Tuż przed otwarciem. Skończyliśmy o 5 rano…

KG: … i na drugi dzień o 10 otwieraliśmy sklep.

BB: Spojrzeliśmy na ten ogrom piwa na półkach i zadaliśmy sobie pytanie – kiedy my to wszystko sprzedamy? A okazało się, że tydzień później musieliśmy już zamówić 5 razy więcej, a 2 tygodnie później – 10 razy więcej.

KG: Ludzie patrzyli na nas i pukali się po głowach. „Co wy robicie? W sklepach i marketach pełno piwa – Tyskie, Lech, Żywiec… a wy sprzedajecie jakieś małe, droższe… kto to będzie pił?”

BB: Nikt z naszych znajomych chyba nie wierzył że to wyjdzie. Zresztą nic dziwnego – to była ostra orka na ugorze – jak przekonać klienta, że warto zapłacić trzy razy więcej za piwo, podczas gdy w sklepie obok może kupić za 3 złote Lecha?

KG: Bartek obrał dość ryzykowną strategię, bo zdarzało się tak, że dawał ludziom piwa mówiąc: „zabierz sobie to piwko do domu, wypij, a jak ci nie będzie smakować, jutro zwrócę ci pieniądze i dam ci następne” I, przysięgam, ci ludzie przychodzili następnego dnia i mówili: „To było coś, co otworzyło mi oczy”. I tak docenili jakość.

Pamiętacie jak duże było to pierwsze zamówienie o którym wspomnieliście?

BB: Na skrzyni to było chyba 70-100 skrzynek.

KG: Potem poznaliśmy Eryka – ciekawa postać – facet, który zajmuje się piwem belgijskim. Nagle przyjeżdża do nas gość, który chce nam sprzedać piwo, które będzie kosztować 115 zł za 0,33 l. Wariactwo! A jednak. Pojechaliśmy do kilku browarów do Belgii, zobaczyliśmy jak to wygląda. Eryk zabrał nas na targi, pokazał jak to funkcjonuje, jak to jest zbudowane i dlaczego to tyle kosztuje…

BB: Jak pojechaliśmy do tej Belgii, tu jeszcze nie było tak dużo craftowych piw, i wziął nas do „Romana” – najstarszego belgijskiego browaru, przekazywanego z ojca na syna. Pokazał nam browar, zdjęcia poprzedników, całą historię. Czuliśmy się jak dzieci w sklepie z zabawkami – wszystkiego mogliśmy dotknąć, spróbować. Dosłownie biegaliśmy po tym browarze, tak byliśmy podekscytowani!

A czy zdarza Wam się czasami wypić jakieś koncernowe piwo?

BB: Nie jesteśmy piwnymi ortodoksami. Trzeba mieć świadomość, że życie nie zaczyna się i nie kończy na piwie. Jest jeszcze wiele innych rzeczy. Znajomi często bardzo się krępują podać nam jakieś piwo (lub kawę). Jak jesteśmy w sklepie albo pubie i jest tylko jakieś piwko koncernowe, to znajomi patrzą na mnie co ja zrobię. Ja specjalnie wtedy zamawiam pierwszy. To tak samo jak z jedzeniem: jak jesteś bardzo głodny, albo nie masz innej możliwości, to zjesz nawet w bistro na dworcu :) Ale jak w pubie jest możliwość wypicia czegoś innego, to zawsze namawiam towarzystwo, żeby spróbowali i w ten sposób zwykle udaje mi się otworzyć im oczy. Dla przykładu – mój dziadek Zdzisław – totalny fan craftu, ilekroć mu coś przywożę – zawsze mu smakuje. Zawsze wyczekuje co tam ciekawego mu naleję. Gość, który ma 70 lat jest mega otwarty na nowości.

KG: W ogóle fajne jest to, że ludzie generalnie są coraz bardziej otwarci i chętniej próbują tego, co im proponujemy. A smaków i rodzajów piw w crafcie jest całe mnóstwo, bo każdy robi coś innego.

BB: Gdyby wszyscy robili to samo, to craft byłby nudny.

KG: Ale jednoczy nas jedna rzecz – piwko.

Czy na koniec rozmowy macie jakąś inspirującą myśl, którą chcielibyście się podzielić z innymi?

BB: Przede wszystkim nie iść na skróty. Zawsze trzeba stawiać klienta na pierwszym miejscu. Czasami można przez to stracić, ale w długiej perspektywie wychodzi się dzięki temu na swoje.

                          Marysia Banach
Autorem tego wpisu jest: Marysia Banach
Od kilku lat związana jestem z organizacją Poznańskich Targów Piwnych i gdybym miała odpowiedzieć na pytanie czym się tu zajmuję, musiałabym chyba powiedzieć, że wszystkim po trochu. Trochę ze mnie taki człowiek-orkiestra. W wolnych chwilach gotuję, wydaję kulinarne książki i przepisami dzielę się na łamach bloga PTP. Świat kraftowego piwa dopiero poznaję, ale degustacja jest zdecydowanie moją ulubioną częścią tej podróży.

Komentarze